I znów to samo. Czuję jak to okropne, oślizgłe coś wdrapuje mi się na plecy i owija swój kolczasty ogon wokół mojej szyi i zaciska go tak mocno, żeby bolało, ale nie na tyle, żeby mnie udusić. No bo przecież martwa zabawka to nic ciekawego, prawda? Nienawidzę tego uczucia. Nienawidzę. Nienawidzę. Nienawidzęnienawidzęnienawidzę! Nienawidzę nienawidzić. A jednak to robię… Nienawidzę już tak wielu rzeczy, że aż boję się spojrzeć w lustro, żeby nie zobaczyć na swojej twarzy napisu „Nienawidząca świata oferma”. Problem polega na tym, że właśnie taką się czuję. A jutro to się potwierdzi na piśmie. Oh Joy! Chyba mi niedobrze, tak myślę… I to już nawet przestało być przykre, teraz to już jest żałosne. I jeszcze to oślizgłe coś! Odczep się! Wyjdź z mojej głowy! Proszę… Wiem, że to wszystko jest kurewsko irracjonalne, ale… Ja naprawdę… Boję się. I nie mogę przestać. Chociaż ze wszystkich sił próbuje, to nic z tego nie wychodzi. Ciągle tylko strach, strach i strach. Wszędzie. Czasem moje serce bije tak okropnie szybko, że zastanawiam się, czy za chwilę się nie zatrzyma ze zmęczenia. Każdy biegacz przecież kiedyś musi odpocząć. Nie chcę się bać, naprawdę nie chcę, ale nie umiem tego powstrzymać. Wiem, że powinnam, ale nie umiem. A najgorsze jest to, że znów pieprze jak pomylona, bo jest późno i jestem zmęczona, i nie mogę powstrzymać łez.
Nari:*
Nastrój:
tagi: