Shattered
czwartek, 21.października.2010, 23:15
Jestem nieszczęśliwa.
Znowu? *wywraca oczami* Dałabyś sobie już z tym spokój, nic nowego nigdy nie piszesz tylko w kółko źle mi, przykro mi, smutno mi, bla bla bla bla.
Przeżyłam już trzy tygodnie, po których pewna jestem tylko tego, że nie jestem pewna, czy powinnam płakać, czy się pociąć, czy może po prostu spasować. Zacznijmy od tego, że chociaż nic specjalnego w ciągu dnia nie robię, to po powrocie do domu nie mam siły nawet oddychać, nie wspominając już o innych wymagających aktywności psychoruchowej czynnościach. Mam wrażenie, że mnie ktoś wsadził do pralki, wyprał na najwyższych obrotach, wyciągnął i powiesił za uszy na sznurku i tak sobie kurwa dyndam. Poza tym, no tak, wszystko pięknie, ładnie, kolorowo, zajęcia fajne, bla bla bla. Tylko mam takie dziwne wrażenie, że Już nie jesteśmy w Cansas, Toto i normalnie, formalnie, ustawowo sobie nie dam rady. Mam sporo zapału i wielkie palny, nie powiem, że nie, mam też głupie, naiwne i dziecinne marzenia, do których spełnienia ciągle dążę, a które przecież nigdy się nie spełnią, bo nie mogą. No i to by było na tyle panie i panowie, show’s over. No bo co mi po planach? Nic. Właśnie tak, bo plany, żeby coś z nich było trzeba zrealizować, co nie? Co tak. A tutaj sprawa nie jest wcale taka prosta. Każdy chce czegoś innego, każdy wymaga, marudzi, rozkazuje itd. W końcu jak się chce być kimś to trzeba na to zapracować. Tyle tylko, że ja nie chcę być KIMŚ. Ja chcę być tylko shinigami i mieć przysłowiowy święty spokój. Albo jeszcze lepiej Agentem FBI, bo ci to mają fajnie, tak z samej nazwy. Dobra, dobra, wystarczy rumakowania. Tak poważnie, to chcę tylko powiedzieć, że trochę to studiowanie przytłaczające i ciężkiej harówki to ci na nich dostatek, a mój organizm wariuje, na wszystko mówi NIE i tłumi najmniejszą nawet oznakę buntu, jak w państwie komunistycznym normalnie. No i czasu nie mam. Dopiero się zaczęło, a ja już go nie mam. Pierdolę. Z tym dupkiem zegarkiem i tak nigdy nie dojdę do porozumienia.
Pierdolisz. Ludzie od lat studiują i jakoś sobie radzą. Po prostu jesteś leń, nie chce ci się, myślisz o niebieskich migdałach zamiast o ważnych rzeczach i udajesz księcia na ziarnku grochu zamiast ruszyć dupę.
Jeśli chodzi o sferę kontaktów międzyludzkich szeroko pojętą to… IT SUCKS. Tyle mam do powiedzenia. Jestem zagubiona. Nie no dobra, jest fajnie, uśmiecham się, produkuję, rozmawiam, a-ale… Czuję się strasznie obco. Nie umiem nawet dobrze tego opisać (niczego z resztą dobrze nie umiem, ale już się przyzwyczaiłam, że będę nikim mieszkającym pod mostem). Po prostu kiedy poszłam do liceum też się bałam, ale tam niemal od pierwszego dnia czułam się jak w domu. Tutaj czuję się jak w więzieniu. Wszyscy są mądrzejsi, ładniejsi, sympatyczniejsi, a ja jestem mną i już zawsze mną pozostanę. Nieciekawą, szarą, brzydką i taką strasznie nijaką. Chociaż był taki moment, że myślałam… Przez chwile tylko… Ale nie. To przecież jest niemożliwe. Jestem taka głupiutka.
Patrz i w jednym się zgadzamy. Jesteś BEZNADZIEJNA.
Cóż dalej… Ach no tak! Co się stało z tym światem do kurwy nędzy pytam?! Miesiąc. Wystarczył cholerny JEDEN MIESIĄC żeby wszystko wywróciło się do góry nogami. Ludzie zaczęli się zachowywać jak świry, przysięgam. Nagle wszyscy postanowili mieć wszystko w szerokim poważaniu z moją osobą na czele. Dlaczego? No tego właśnie próbuję się dowiedzieć. Nie trafia to do mnie. Ja zawsze zastanawiam się co słychać u moich przyjaciół, czy czują się dobrze, źle, kiedy zobaczę najmniejszy nawet znak, że coś jest nie tak dzwonię/piszę/whatever. Często nie mogę się sama odezwać, to fakt, bo niestety z pieniędzmi na komie to u mnie zawsze krucho, ale starałam się pisać chociaż maile! Sama niestety jednak nie zasłużyłam sobie nawet na jedno miłe słowo, czy normalnego smsa. Oczywiście kiedy jestem potrzebna, to każdy staje na głowie, żeby tylko mi się podlizać, ale tak po prostu, żeby okazać zainteresowanie to już za ciężko. Jest mi przykro, bo mam wrażenie, że dałam z siebie wszystko, może to nie wiele, fakt, ale więcej już nie mam, już nie dam rady, a… No właśnie a. Ostatnio odczuwam, że ludziom zwyczajnie nie chce się już poświęcać dla jakiejś tam przyjaźni. Bo studia, bo nowi znajomi, bo brak czasu, bo chłopak, bo trylion innych dziwnych powodów. Ok., rozumiem. Tylko… Sama już nie wiem. Chciałabym to wytłumaczyć tak, żeby wszyscy zrozumieli i żebym nie musiała się potem tłumaczyć z tego, co wysmażyłam, ale coś nie idzie. Bo to nie jest tak, że wszyscy jak jeden mąż teraz zaczęli się tak zachowywać. Nigdy w życiu! Są osoby, które dalej są dla mnie oparciem, na które mogę liczyć i które potrafią mi powiedzieć Kocham cię! i nie wyglądać przy tym jakby miały zaraz zwymiotować. Więc ja tak uogólniam tylko, żeby było jasne. No ale wracając do naszych baranów. Owszem, piszę to z wrodzonego egoizmu, ale też mam do niego prawo. Ja po prostu nie chcę zostać sama. Boję się tego najbardziej. Boję się, że znów będę czuła to, co dwa lata temu, a tak bardzo przecież nie chcę tego czuć. Niestety gdybym teraz przestała się odzywać którejś z tych osób to ona by to zniosła, bo nie ma nikogo, kto by beze mnie nie mógł żyć. A ja bym chciała, żeby ktoś taki był.
Ta co ma ej. Pamiętasz jak śpiewają twoje ukochane chłopaki z GC? „ I don’t care what they say, I don’t need them anyway, I just go about my day… But anyway!”
Pisanie. A co to jest pisanie? Bo ja już tego nie potrafię. Ja już nie mogę. Mam ochotę zwymiotować na widok kartki papieru. A może to ze zmęczenia. Nie wiem. Czekam tylko. Jeszcze chwila, jeszcze troszeczkę, a wszyscy zapomną, wszystkim się znudzi. Nie będzie już Nari i jej fajnych zabawek. Będzie tylko Nari. A Nari bez fajnych zabawek jest jeszcze mniej interesująca niż teraz, czyli krótko mówiąc kompletnie bezwartościowa.
Ci się zachciało być pisarką. Weź skasuj te gryzmoły najlepiej. Będzie lepiej dla wszystkich. Bo i tak już nic tylko ludzi wkurwiasz swoim zachowaniem.
I nie, nie mam rozdwojenia jaźni. Ja po prostu przewiduję reakcję tłumu.
KTHANXBYE.
Nari:*
Nastrój:
tagi: